Dzisiaj chciałabym opowiedzieć trochę o mojej historii (choć uprzedzam, nie jest ona jakoś super ciekawa :D) pielęgnacji włosów.
Pierwszy raz z włosomaniactwem miałam do czynienia na początku 2012 roku, kiedy to zainteresowana stosowaniem olejów na włosy natknęłam się w internecie na przeróżne blogi włosowe. Pamiętam, że trafiłam na bloga Natalii. Zaczęłam czytać wszystkie posty, chłonęłam wszelkie informacje jak gąbka i bardzo chciałam zacząć działać jak najszybciej. Naczytałam się wtedy o szkodliwości silikonów dla włosów, myciem delikatnymi szamponami, o tym, że SLS i SLES to zło i szampony oczyszczające należy stosować raz na jakiś czas. Wyrzuciłam wszystkie odżywki z silikonami (jak teraz o tym myślę, to... :)), wybrałam się na zakupy do Rosmanna i nakupowałam mnóstwo produktów oraz mój pierwszy olej, którym był olejek Alterra, bodajże z papają. No i ruszyłam z pielęgnacją. Nie miałam wtedy pojęcia o humektantach, emolientach i proteinach, nie wiedziałam co to porowatość włosów, ani o tym, jak dostosować kosmetyki pod swoje włosy. W tamtym czasie miałam baaardzo wycieniowane włosy i bardzo zazdrościłam tym wszystkim dziewczynom z blogów, które miały je ścięte na prosto, bo takie smętne wycieniowane piórka nie wyglądały zbyt imponująco. Moja nowa "prawidłowa" pielęgnacja nie trwała zbyt długo, po jakimś czasie zniechęciłam się, gdyż moje włosy nie wyglądały za dobrze (brak jakichkolwiek silikonów plus stosowanie kosmetyków na chybił trafił nie spisywały się). Nawet dokładnie nie wiem kiedy wróciłam do starych nawyków (ale nadal starałam się unikać silikonów, chociaż wtedy jeszcze wielu z nich nie znałam, prawdopodobnie stosowałam je nieświadomie).
Moje włosy w tamtym okresie wyglądały tak (przepraszam za zdjęcia bez koszulki, ale to dla mnie często poglądowe zdjęcia pomiarowe :D),
luty 2012:
marzec 2012:
maj 2012:
Chyba nie ma się czym za bardzo chwalić. 2 lata później (za namową fryzjera) postanowiłam zmienić fryzurę, zrezygnowałam z tak mocnego cieniowania. Fryzjer ciął mi włosy na warstwy, jedna warstwa była cieniowana, końce były proste... Podobało mi się, w końcu miałam "więcej" włosów, po tylu latach cieniowania i grzywki w stylu emo miałam na głowie coś innego.
luty 2015:
Kilka miesięcy później zmieniłam fryzjera, no i nie wiem co mi strzeliło do głowy, aby zgodzić się na cieniowanie końców (znowu...). Włosy układały się tylko pierwszego dnia po wizycie, po pierwszym myciu miałam na głowie coś... Ech. Przez kilka miesięcy codziennie upinałam włosy, bo rozpuszczone to był po prostu koszmar. Zaczęły wyglądać lepiej, kiedy trochę odrosły.
We wrześniu 2015 przeszukałam internet w poszukiwaniu fryzjera w moim mieście - znalazłam. Do salonu udałam się już w październiku i chodzę do dziś :)
Moja fryzjerka zeszła z cieniowania na końcach, ale na długości była jeszcze warstwa, której chciałam pozbyć się stopniowo, aby nie tracić długości. W czerwcu tego roku przy okazji kolejnej wizyty postanowiłam, że tniemy ohydne cieniowanie i... poszło jakieś 7 cm (oczywiście nie mam zdjęcia), ale nareszcie mam to, co chciałam - włosy ścięte na prosto, bez cieniowania :)
Ach, zapomniałam napisać, że w lutym tego roku nastąpiło moje trzecie podejście do włosomaniactwa (drugie rok wcześniej znowu zaniedbane) i jak na razie udaje mi się aż do dziś :)
Moje włosy obecnie prezentują się tak:
(zdjęcie sprzed kilku dni)
Mam wrażenie, że w tym momencie mam najładniejsze włosy od bardzo długiego czasu, czyli mniej więcej od... 6 klasy podstawówki (później już nastały czasy "emo-fryzury").
Postanowiłam, że będę przykładać się do pielęgnacji moich włosów oraz postaram się je zapuścić - moja wymarzona długość to włosy do talii, nigdy takich nie miałam, ale dążę!
Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam :)
Buziaki!
Beniula
